Wytwórnia: Sony Music 88697755432

Girl Talk

Monika Borzym

  • Ocena - 4

You Know I’m No Good; Extraordinary Machine; Even So; American Boy; Field Below; Appletree; Down Here Below; Gatekeeper; The Dry Cleaner from Des Moines; Abololo; Possibly Maybe; Thank You
Muzycy:  Monika Borzym, śpiew; Gil Goldstein, fortepian, akordeon; Aaron Parks, fortepian, harmonium; Larry Grenadier, kontrabas; Eric Harland, perkusja; oraz: Steve Cardenas, gitara; Bashiri Johnson, Rogerio Boccato, instr. perkusyjne; Greg Gisbert, trąbka; Mike Davis, puzon; Aaron Heick, flet altowy i basowy; Seamus Blake, saksofon tenorowy; Charles Pillow, klarnet basowy, Lois Martin, altówka; Jody Redhage, wiolonczela

Pisanie o debiutanckich płytach to odpowiedzialne zadanie, można czegoś nie wychwycić, nie zauważyć nieoszlifowanego diamentu… „Girl Talk” Moniki Borzym to przede wszystkim płyta, której się znakomicie słucha, a to przecież jest najważniejsze. Jest światowy producent, grają muzycy z najwyższej półki, nie to jest jednak gwarancją sukcesu, tym bardziej w przypadku, gdy pierwszoplanową postacią jest wokalistka (lub wokalista). Ze śpiewaniem, uważam, jest coś takiego, że można śpiewać z feelingiem, czysto, technicznie, a jednak czasem czegoś brakuje. Ja nazywam to „tajemnicą w głosie”, czymś, co tkwi w barwie, w traktowaniu intonacji, rytmu, frazy i sam nie wiem czym jeszcze. Nie da się tego nauczyć. Wiadomo, musi dojść wykształcenie, ale „tajemnica” musi być. Monika Borzym ją ma.

Na płycie są utwory pochodzące z repertuaru współczesnych wokalistek (same panie), których spektrum stylistyczne trudno sprecyzować, taka jest dzisiejsza muzyka i dobrze, po co przyklejać etykiety? Wymienię kilka z nich: Abbey Lincoln, Joni Mitchell, Erykah Badu, Amy Winehouse, Rachel Yamagata, Björk, Dido. Przy okazji jesteśmy świadkami procesu powstawania nowych standardów. Trwa on praktycznie cały czas, ostatnio się nawet nasilił, co widać choćby po ostatnich płytach Herbie’ego Hancocka („The New Standard”, „Possibilities”, „River”, „The Imagine Project”).

Warstwa aranżacyjna „Girl Talk” jest niezmiernie wyrafinowana. Mamy tu bardzo szeroką paletę nastrojów, są smyczki, są też instrumenty dęte. Głównym aranżerem jest Gil Goldstein – muzyczna tablica Mendelejewa. Pat Metheny mówi o nim Zelig. Drugi aranżer to Aaron Parks. Pisanie o dokonaniach towarzyszących Monice muzyków zajęłoby zbyt wiele miejsca. Wszystko zagrane jest bardzo współcześnie, jazzowo, jednak z wieloma wpływami. Architektura jest bardzo przejrzysta, same ważne dźwięki i to z wielkim smakiem. Improwizacje są dopełnieniem wokalistyki, nie przesuwają na siebie środka ciężkości.

Zachowując jazzową idiomatykę, muzyka jest bardzo komunikatywna, czasami – całkiem świadomie – na pograniczu popu. Znalezienie właściwej ilości zawartości jazzu w jazzie wydaje się tu perfekcyjne Monika Borzym śpiewa znakomicie. Z jednej strony jej barwa zdradza, że jest bardzo młoda (ma 21 lat), z drugiej jednak głębia interpretacyjna temu przeczy. W sumie daje to połączenie pięknej naiwności dziecka z bardzo dojrzałym i osobistym przekazem. A wszystko jest bardzo lekkie, prawdziwe i szczere, bez zaśpiewywania się i udowadniania, że się potrafi. Niesamowite.

Utwory są bardzo zróżnicowane, w różnych groove’ach, ale bez żadnych dziwactw. Są ostrzejsze, może właściwiej byłoby napisać – szybsze, bossa novy, no i ballady, moje ulubione. Z wiekiem coraz bardziej podchodzą mi wolne numery… W The Dry Cleaner from Des Moines jest cytat z aranżu Pastoriusa, tego archetypicznego, z płyty „Mingus” Joni Mitchell. Piękny hołd. Mam wrażenie, że muzycy na całym świecie tylko czekają na okazję żeby oddać honory wielkiemu Jaco! I słusznie!

Cieszy mnie, że nie jest to płyta pt. „Monika sings Ella” lub jakiś „Tribute to…”. To są po prostu utwory, które Monika Borzym lubi śpiewać. Bez podpierania się jakimś uznanym pomnikiem, czego ostatnio za dużo. Jak słychać, trzeba, znowu cytując mistrza Młynarskiego, robić swoje.

Autor: Mariusz Bogdanowicz

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm